Kolejny kamyczek do ogródka Volkswagena po ujawnieni tzw. afery dieselgate. Okazuje się, że nieuczciwe działania koncernu w Wolfsburga były celowe i zamierzone. Co więcej, wiedzieli o tym najważniejsi ludzie zasiadający w zarządzie.
fot. autoflesz.com
O tym, ze koncern niszczył dokumenty, mataczył, a nawet utrudniał działanie wymiaru sprawiedliwości poinformował media zwolniony w grudniu 2015 roku Daniel Donovan. Jeszcze ostrzejsze zarzuty wysuwa agencja Associated Press, po doniesieniu złożonym przez b. pracownika koncernu.
Donovan odmówił niszczenia dokumentacji drugiego koncernu motoryzacyjnego, za co został niesłusznie zwolniony. Volkswagen ponownie wszystkiemu zaprzecza, ustami swoich prawników mówi bez cienia skrupułów – zarzuty są bezzasadne. Znamy to!
Cóż, jak zatem się to ma do trefnego oprogramowania, zwanego defeat device, które zamontowano w 11 mln samochodów z silnikami Diesla. Miało ono fałszować wyniki zawartości NOx (tlenków azotu) w silnikach wysokoprężnych podczas testów.
Volkswagen bagatelizuje też tzw. pozwy zbiorowe, choć w Stanach Zjednoczonych ratował się bonusami dla klientów posiadających trefne oprogramowanie. W Europie, a szczególnie w Polsce, nikt nawet nie ośmielił się pozwać giganta za oszustwa. Co więcej, Polacy i tak wierzą, iż samochody Volkswagena są cool, a emisja spalin nic ich nie obchodzi. Problem jednak nie polega na tym, iż samochody te z silnikami Diesla zatruwały środowiska, bo przecież stare diesle dalej trują – tu chodzi o zwykłą uczciwość i traktowanie klienta pragnącego wyłożyć kilkaset tysięcy złotych na zakup takiego wymarzonego auta.
Źródło: Bloomberg